Naruto Mugen, Naruto The Setting Dawn , Anime i Manga

Baza postaci || MUGEN

  • NarutoNaruto: 72
    BleachBleach: 10
    One PieceOne Piece: 3
    PozostałePozostałe: 9

Radio AOI

  • Nie jesteś zalogowany.

#1 2011-07-31 14:46:47

Pryza

http://i17.tinypic.com/6g9cykn.png

a po co ci moje gg?
Skąd: Burgundia
Zarejestrowany: 2007-08-06
Posty: 3602

Star Wars: stare vs nowe

Tak, tak, wiem. Takich tematów w Internecie jest bilion jeden. Nasze forum jednak nie może być gorsze, więc nie widzę przeciwwskazań, żeby stworzyć wątek bilion drugi. UWAGA! TEKST ZAWIERA SPOILERY
Opiszę każdy z filmów osobno (zrobię mini streszczenia, bo to właśnie w historii, tkwi największy atut SW), a później postaram się skonstruować jakieś wnioski. Do dzieła!

Gwiezdne Wojny: Nowa Nadzieja – oto 25 maja 1977 wyszło coś, co zapoczątkuje jedną z najlepszych trylogii filmowych i zyska miliony fanów na całym świecie. Co takiego, aż tak zyskało sympatię widzów? Przypatrzmy się temu bliżej.  Film wrzuca nas od początku w sam środek akcji – oto okręt Imperium próbuje przechwycić  statek rebeliantów. No i proszę – pierwsze pokazy świetnych efektów specjalnych – lasery, statki…wygląda to co najmniej cudnie. I mamy wreszcie jego – Darth Vader, arcygenialna postać gwiezdnych wojen, jej znak rozpoznawczy i nieodłączny element. Jego design po prostu miażdży – czarny pancerz, peleryna, ciężki oddech i głos Jamesa Earla Jonesa, a dodatkowo czuć jego ogromną moc (zwłaszcza jak z łatwością dusi oficerów imperium).  Dalej poznajemy księżniczkę Leię – chyba jedyną znaczącą postać kobiecą. I tu też plus – jest ona charyzmatyczna, trochę zadziorna i sprytna. Mamy więc postać wielowymiarową [Vader też jest, ale to widzimy dopiero w II części], która ma swoje zdanie i nie boi się go obwieścić.  Oh, jest także C3PO i R2D2 – również nieodłączne elementu Star Warsów. C3PO śmiało można nazwać robotem narzekającym, ale broń Boże mnie nie irytował. Był świetnym kontrastem dla „pikającego” w niezrozumiałym dla widza szyfrze, R2D2. Dalej mamy trochę zbiegów okoliczności, w rezultacie których roboty trafiają do Luke Skywalkera – kolejnej i chyba jednej z dwóch najważniejszych postaci w trylogii. Nie ma co ukrywać – w pierwszej części, Skywalker to rolnik, który, gdzieś tam w środku duszy marzy o przeżywaniu przygód. Okazja nadaża się, kiedy poznaje on Bena Kenobiego – jednego z ostatnich, żyjących jedi. Postać tajemnicza, o ogromnej wiedzy i umiejętnościach [scena w barze…czuć tą jego pewność siebie]. To on buduje klimat Dartha Vadera – opowieść o przejściu Vadera na ciemną stronę mocy i zabójstwo ojca Luka – to właśnie ten klimat. Widz, może to sobie wyobrazić jak tylko chce i nie ma najmniejszego sensu, wykładać tego w formie osobnego filmu. Teraz, jak o tym piszę, przypomina mi to opowieść Barbossy w POTC 4 – niektórzy mówili, że fajnie byłoby zobaczyć, co stało się wtedy na statku. Ja mówię nie – to właśnie wyobraźnia widza w tym momencie tworzy cały klimat sceny i opowieści. No, ale wróćmy do gwiezdnych wojen, bo oto mamy nową bardzo ciekawą postać – Han Solo (Chewbacce pominę, bo mimo, iż postać pozytywna, nie odgrywa jakiejś szczególnej roli, oprócz ciągłego ryczenia). No właśnie Han Solo, ot przemytnik, ale jak świetnie nakreślony. Podkreśleniem tej postaci jest zastrzelenie Greedo – kosmita coś tam nawija, Han sięga po pistolet i PUF… jego kłopoty się skończyły. W międzyczasie Solo i Chewi dołączają do Luka i Bena, ratują Leię i mamy konfrontację. Darth Vader vs Obi-wan Kenobi. Uczeń vs Mistrz. Zło vs Dobro. Pojedynek prosty i bez fajerwerków – po wymianie ciosów, Ben odsłania się Vaderowi i daje się zabić. Akcja nie zwalnia – reszcie kompanii udaje się uciec. Trafiają do bazy rebeliantów i obmyślają plan zniszczenia Gwiazdy Smierci – największej bronii Imperium, mogącej niszczyć planety. Tu też jest rozwinięcie charakteru Solo – otrzymal zapłatę za uratowanie księżniczki i ucieka. Ma gdzieś całą wojnę…przynajmniej na początku. Kiedy Luke jest ścigany przez Vadera i jednostki bojowe Imperium, Han wraca, pomaga mu, w rezultacie czego, gwiazda śmierci zostaje zniszczona. Potem mamy już tylko zakończenie, ze świetną muzyką.
To tyle…co mogę powiedzieć o tej części? Jest świetnym wstępem do większej historii, choć jest to najmniej lubiany przeze mnie epizod (co nie zmienia faktu, że jest naprawdę genialny).

Plusy:
- aktorstwo
-świetnie wykreowane postaci
-historia
-efekty specjalne
-muzyka
-kostiumy

Minusy:
-nigdy nie podobało mi się wyeliminowanie Vadera… ten kręcący się statek.

Ocena: 5/6



Gwiezdne Wojny: Imperium Kontratakuje – druga część, w moim mniemaniu najlepiej zrealizowana z całej trylogii. Wyraźnie widać zmianę w Skywalkerze. Posługuje się już mocą (w stopniu minimalnym, ale zawsze), walczy mieczem świetlnym. Tak jak w epizodzie pierwszym, tak i tu, jesteśmy rzuceni na głęboką wodę. Po kilku chwilach, widz uczestniczy już w ogromnej bitwie, z udziałem ciężkich maszyn bojowych. Jest świetnie zrealizowana i nawet dziś, ogląda ją się przyjemnie. Rebelia tym razem przegrywa i jest zmuszona uciekać. Drogi Luke’a, a załogi Sokoła Millenium rozchodzą się. Skywalker leci na Dagobah, aby szkolić się na Jedi pod okiem jednego z ostatnich, żyjących wielkich mistrzów, natomiast Han i Leia uciekają na Bespin. Skupię się natomiast na treningu Luke’a. Trafia na błotnistą, pokrytą cieniem i spowitą mgłą planetę, gdzie spotyka Yodę – zielonego, małego i bardzo leciwego skrzata, który sprawdza jego cierpliwość. Pod namową ducha Kenobiego, zgadza się uczyć młodego Skywalkera. To tu, z ust Yody poznajemy czym naprawdę jest jedi. Jedi to nie człowiek, który wyjmuje swoją latarkę, kiedy tylko mu coś nie podpasuje. To człowiek, który jest jednością z mocą i wykorzystuje ją dla wiedzy i obrony – nigdy do ataku. Podkreśleniem tego jest wizyta w jaskini, gdzie Luke spotyka Vadera. Co robi? Zabija go. Pod czarną maską jednak, zamiast twarzy przeciwnika, jest twarz Luke’a. Interpretację tej sytuacji pozostawiam wam (jest tu tyle wyjaśnień ilu fanów SW, nie chcę niczego narzucać). W miarę treningu, skupiony Luke pokazuje też próbkę swojej uśpionej mocy – prawie podnosi, bardzo ciężki statek z dna bagna. Niestety chwila zawahania i pojazd znów ląduje na dnie. Tu pokazuje się Yoda – jedyny raz, w całej trylogii uchyla rąbka swojej potęgi – bez trudu podnosi statek. Tu także wyobraźnia widza ma ogromne znaczenie – skoro kilkusetletni Yoda może wyczyniać takie rzeczy, jak potężny musiał być w czasach swojej świetności? – takie pytania zawsze zadawałem sobie ja, jako mały chłopak, po czym w mojej głowie, tworzyłem analizę walki np. Yody z Vaderem. To było coś! Ostatecznie Luke nie kończy treningu – ma wizję, w której jego przyjaciele cierpią. Jest rozdarty pomiędzy treningiem, a towarzyszami. Pomimo sprzeciwom  Yody, który twierdzi, że chłopak nie jest jeszcze gotowy, Skywalker wyrusza na Bespin.
A co działo się na tej planecie? Han spotyka swojego starego przyjaciela, Lando Callrissiana, który został administratorem miasta w chmurach. Przyjaźń jednak nie chroni załogi Sokoła Millenium od zdrady – Lando wydaje ich Vaderowi, przez co Han zostaje zamrożony w karbonicie i przewieziony do Jabby, a reszta uwięziona. Tu przychodzi im na pomoc Luke, a także Lando, którym targały wyrzuty sumienia, przez co postanowił naprawić swój błąd. Film kończy się pojedynkiem Luke z Vaderem.
Pojedynku dość dziwnego – oto Vader bawi się z ofiarą, nie chce go zabić. W chwili, w której zostaje trafiony, kończy grę i w mgnieniu oka pokonuje Luke’a, odcinając mu rękę i pozbawiając miecza. W tym momencie, mroczny lord wyjawia mu najgorszą prawdę: Vader jest ojcem Luke’a (to dopiero musiał być plot-twist w tamtych czasach!). Całość kończy się ucieczką Skywalkera i gorzkim zakończeniem – nie ma tu żadnego tryumfu – Luke’a jest zdruzgotany, otrzymuje jakiś rodzaj nowoczesnej protezy,  Han stoi jako trofeum w pałacu Jabby. Taki jest oto koniec drugiego epizodu.

Jak mówiłem, historia z drugiego epizodu jest najpoważniejsza, najmroczniejsza i najlepiej zrealizowana.

Plusy:
-aktorstwo
-mrok
-postaci
-muzyka
-historia
-efekty specjalne
-kostiumy (Wampa… cały design tej postaci, te czarne oczy i zakrwawione białe futro… strach się bać)
- świetny plot-twist

Minusy:
-brak

Ocena: 6/6



Gwiezdne Wojny: Powrót Jedi – moja ulubiona część. Akcja pędzi do przodu już od początku – Nowa Gwiazda śmierci jest w budowie… dodatkowo ma przylecieć sam Imperator. Tymczasem do pałacu Jabby trafiają dobrze nam znane dwa droidy, aby przekazać wiadomość od Luke’a Skywalkera.  Trafia tam też łowca nagród, który złapał Chewiego. Targuje się z Jabbą  co imponuje królowi kosmicznej mafii. Wszystko okazuje się jednak dobrze zrealizowanym planem – tajemniczym łowcą, okazuje się Leia, która uwalnia Hana z karbonitu. Jabba jednak przewiduje ich plan – łapie Hana, a z Lei robi niewolnicę. Do pałacu przybywa sam Luke Skywalker. I tu się na chwilę zatrzymam – widać wyraźną zmianę. Czarna peleryna z kapturem, pewność siebie i moc, którą widać, wyraźnie wskazuje nam zmianę, jaką postać ta przeszła. Niestety także i jego Jabba zdołał przechytrzyć – wrzuca Luke’a do zamkniętej areny,  na którą wpuszczony zostaje ogromny, mięsożerny potwór. To jednak za mało, żeby zabić ostatniego rycerza jedi – Luke wykorzystuje swój spryt i pokonuje Rancora, rozgniewają tym samym Jabbę, który jego, Hana i Chewiego skazuje na śmierć, poprzez pożarcie przez Sarlacca, który trawić ich będzie przez całe wieki. Okazuje się, jednak, że Luke, ma plan awaryjny. Tuż przed wykonaniem egzekucji, R2D2 wyrzuca mu miecz świetlny, który Skywalker ukrył przed całym zajściem. Z cienia wychodzi także Lando, który grał podwójnego agenta na dworze Jabby. Luke, wraz z pomocą przyjaciół pokonuje ludzi/kosmitów Jabby, a sam don mafijnej rodziny, zostaje uduszony przez Leię. Ich drogi znowu się rozdzielają. Skywalker po raz ostatni kieruje się na Dagobah, aby pożegnać się ze swoim umierającym mistrzem – Yodą. Zjawia się też duch Kenobiego, od którego dowiaduje się, że ma siostrę – a jest nią, nie kto inny, jak księżniczka Leia. Luke pędzi do bazy rebeliantów, dołącza do drużyny, która wyłączyć ma osłony chroniące gwiazdę śmierci (drużyna ta, to oczywiście Leia, Han, Chewie i nasze dzielne roboty). Cała kompania leci, więc na planętę Endora, gdzie poznaje Ewoki – sympatyczne miśki, zamieszkujące ten kawałek ziemi. Biorą oni C3PO za swojego Boga, na jego rozkaz, uwalniają resztę drużyny (wcześniej chcieli ich upiec i zjeść) i przyjmują w gościnę. Luke, mówi Lei, że ta jest jego siostrą, po czym oddaje się w ręce Vadera – aby sprowadzić go na dobrą stronę mocy. Plany komplikują się – Han wpada w pułapkę, eskadra Lando, która miała zniszczyć Gwiazdę Śmierci II, została zaatakowana przez okręty Imperium, a wszystko to pomysł Imperatora, aby przeciągnąć Luke’a na ciemną stronę mocy. Z opresji ratują wszystkich miśki, które uwalniają załogę Hana i pomagają wygrać bitwę z batalionem szturmowców. Luke jednak nie wytrzymuje bzdetów Imperatora i próbuje go zabić. Powstrzymuje go Vader i wywiązuje się między nimi druga walka. To kolejny dziwny pojedynek – ani Vader, ani Skywalker nie chcą się zabić. Ten pierwszy wciąż liczy, że przeciągnie syna na ciemną stronę, drugi natomiast – chce, aby w ojcu obudziły się resztki dobra. Vader wyciąga swojego asa w rękawie – mówi, że ciemnej stronie ulegnie Leia. To sprawia, że Luke wpada we wściekłość, przez co mamy chyba najbardziej epicki pojedynek jedi w historii. Spójrzcie sami:
(fragment 1:10)
Ta muzyka, ten mrok, ta wściekłość. Po prostu poezja. Ostateczny pojedynek ojca z synem, w którym ten pierwszy przegrywa na dobre. Luke jednak uspokaja się. Odrzuca miecz i wygrywa – pokonał nie tylko Vadera i Imperatora (a właściwie jego plany), ale zło wewnątrz siebie. Ta scena jest na tyle potężna, że właśnie ze względu na nią, ten film lubię najbardziej z całej trylogii. Na tym się jednak nie kończy. Imperator pokazuje pazur – razi Luke’a błyskawicami, doprowadzając go na skraj wykończenia. Cierpiący Skywalker proszący ojca o pomoc – kolejna epicka mega scena. Mimo maski Vadera, doskonale widzimi co on sobie myśli. To jego zerkanie, raz na syna, a raz na mistrza… to po protu arcydzieło w ukazaniu emocji. W końcu nie wytrzymuje – łapie imperatora i wyrzuca go przez szyb. Niestety błyskawice poraziły i jego, niszcząc system podtrzymywania życia. Vader umierając, prosi syna, aby ten zdjął mu maskę – ostateczny upadek Vadera, powrót Jedi – powrót Anakina.  Tymczasem Hanowi udaje się zniszczyć osłony, Luke ucieka z Gwiazdy Śmierci, która zostaje zniszczona. Cała historia kończy się imprezą z Ewokami, podczas której, pokazują się duchy zmarłych mistrzów – Obi-wana, Yody i Anakina (Sebastian Shaw). Oto zakończenie trylogii Jedi.

Plusy:
- aktorstwo
- MUZYKA!
- efekty specjalne
-końcowy pojedynek
-kostiumy
-świetne zwieńczenie historii
-postaci

Minusy:
-ewoki – sympatyczne, ale nie pasowały ; ]

Ocena: 5+/6



Historia jest spójna, świetnie poprowadzona i zrealizowana. Efekty specjalne stały na najwyższym poziomie, a kostiumy nawet dziś robią piorunujące wrażenie. Niestety, chciano osiągnąć coś więcej (więcej pieniędzy?) przez co powstała tzw., nowa trylogia… uhm, bierzmy się do roboty:



Gwiezdne Wojny I: Mroczne Widmo – poznajemy dwóch jedi: Qui-Gonn-Jinna i jego ucznia Obi-wana. Ich zadaniem było poprowadzenie negocjacji  z federacją handlu, która założyła blokadę planety Naboo. Okazuje się jednak, że za wszystkim stoi tajemniczy mistrz Sithów, który wydaje polecenie: Jedi muszę zginąć. Zadanie wykonać ma grupa droidów, która już po chwili zostaje rozbita, przez dobrze władających mieczem, rycerzy. Qui-gonn i Kenobi uciekają ze statku, gdzie spotykają Jar-Jar Binksa najżałośniejszą postać jaką można było stworzyć w tej serii. Miała chyba ona wprowadzić do filmu trochę humoru, ale zdecydowanie nie wyszło. Binks jest irytujący, nieśmieszny i gdy tylko pojawia się na ekranie, mam ochotę zrobić face palm. Jedi i ich nowy… „towarzysz”, ratują królową tej planety – Amidalę. Podczas ucieczki z Naboo zostają trafieni i muszą lądować awaryjnie na Tatooine. Tam szukając części do statku, spotykają Anakina Skywalkera – małego chłopca, który jest niewolnikiem. Qui-Gonn mierzy ilość jego mocy, przy czym okazuje się, że mały ma ogromną ilość midichlorianów. A cóż to są te midichloriany? Otóż jakiś mózg, wpadł na pomysł, że mistyczna i tajemnicza moc, to tak naprawde żyjątka które sobie siedzą w naszych komórkach… dzięki za zepsucie całej aury tajemniczości. W wyniku róznych zakładów, pomiędzy Watto, po wygranym przez Anakina wyścigu, Qui-gonn zdobywa części i uwalnia Anakina, zabierając go ze sobą i chcąc zrobić z niego rycerza Jedi. W drodze na statek, zostają zaatakowani przez innego  Sitha – Darth Maula. Dochodzi do krótkiego pojedynku między Qui-gonnem a Maulem, w rezultacie, którego ten pierwszy ucieka. Wszyscy szczęśliwie dolatują na Coruscant , gdzie Qui-gonn przedstawia przed radą Anakina. Jedi nie zgadzają się, aby chłopak dołączył do ich zakonu (swoją drogą, ktoś kto odpowiadał za kukłę Yody, zawalił sprawę). Kenobi i Qui-gonn postanawiają wspomóc Amidalę w walce z okupantem, w wyniku czego wracają na Naboo. Tam dochodzi do walki gunganów (krewniacy Binksa …uhh) i pojedynku z Maulem. Konfrontacja z sithem, jest w porządku. Mamy bardzo dobrą muzykę, fajna choreografia (choć są symptomy skakania jak małpy) i smutne zakończenie – Qui –gonn umiera. Wściekły Obi-wan zabija Sitha i mści się za swojego mistrza. Za swoje zasługi Obi Wan zostaje rycerzem jedi, a Anakin -jego uczniem. Całość kończy się hucznym świętowanym zwycięstwa.
Co mogę powiedzieć o tej części? Jest chyba moją ulubioną z nowej trylogii (co nie zmienia faktu, że to koszmar)

Plusy:
-Qui Gonn Jinn, Darth Maul i Obi-wan – najciekawsze postaci
- muzyka
-ładnie zrealizowany wyścig

Minusy:
- JAR JAR BINKS!!!!
-MIDICHLORIANY!!!
-KUKŁA YODY!!
-część zupełnie niepotrzebna!

Ocena: 2+/6



Gwiezdne Wojny II:Wojny Klonów – oto I największe gówno w dziejach SW!
Właściwie, to nawet nie chce mi się tego opisywać.  Ale no cóż…obiecałem i słowa dotrzymam. Oto poznajemy starszego już Obi-wana  - dużo poważniejszego, z zarostem i pewnością siebie. On i jego uczeń, zostają wyznaczeni na ochronę, dla Amidali. Dochodzi już do pierwszego zgrzytu – Anakin. Co? Gdzie? Jak? Kto śmiał? Kto śmiał, zrobić z niego taką, za przeproszeniem pipkę! Mam uwierzyć, że to rozmemłane coś, stanie się najpotężniejszym jedi w historii…aha. Dalej mamy trochę akcji i znowu, powracamy do Anakina, a ja łapię się za głowę i krzyczę; JAK MOŻNA BYŁO TAK ZNISZCZYĆ TĄ POSTAĆ! Wróćmy lepiej do Obi-wana. Oto cała intryga: gdzieś tam, daleko na końcu wszechświata, została stworzona armia klonów. Tam spotyka Jango Fetta, który próbował zabić Amidalę. Obi Wan rzuca się za nim w pościg, w wyniku czego trafia na Geonosis, gdzie znajduje się fabryka droidów. Kenobi zostaje złapany przez hrabiego Dooku – przywódcę, tego całego bajzlu. W między czasie na planetę przybywa też Anakin z Amidalą (wcześniej Anakin próbował odszukać swoją matkę – w wyniku czego zrobił rzeź w wiosce tuskenów – to pierwszy jego oznak ciemnej strony), ale i oni zostają pojmani. Cała trójka zostaje skazana na śmierć, poprzez walkę na arenie z różnymi stworami. Gdy udaje im się je pokonać, na arenę wkracza armia droidów. Od śmierci bohaterów ratują jedi, którzy robią wielką rozpierduchę na arenie. Dzieje się tam tak dużo, że aż głowa boli patrzeć. W oczach migotają tylko kolory mieczów świetlnych. Jedi mimo swoich umiejętności dostają w kość i tym razem to ich trzeba ratować – a robi to Yoda wraz z armią klonów. Mamy więc kolejną mega bitwę i efekty za miliardy dolarów (no dobra…troche przesadziłem) w każdym bądź razie nie wygląda to jakoś specjalnie. Wniosek jest prosty – czasami więcej i drożej, nie zawsze znaczy lepiej. Na końcu mamy pojedynek Obi Wan i Anakin vs Dooku, przy czym ci pierwsi zostają rozłożeni w ciągu kilku chwil. Pojawia się Yoda –dawny nauczyciel Dooku. Pojedynek zostaje nierozstrzygnięty, gdyż hrabia ucieka. Całość kończy się nieoficjalnym ślubm Anakina i Padme Amidali (tak, tak…zakochali się w sobie, ale to całe uczucie jest jakoś rozwleczone…gdzie mu tam, do miłości między Hanem a Leią)
Uh…koniec tego syfu (bo mini streszczenia robię oglądając jednocześnie film – a oglądanie takich gniotów strasznie męczy psychicznie)

Plusy:
-Obi-wan, Dooku, Amidala (Portman robiła co mogła, ale z taką rolą, choćby i się zasmarkała, nie stworzy tak dobrej kobiecej roli jak Leia)

Minusy:
-ANAKIN SKYWALKER!
-HAYDEN CHRISTENSEN!
-UCZEŃ OBI-WANA KENOBIEGO!
-za dużo tego wszystkiego
Postać Anakina można podsumować tym:


Ocena: 1/6



Gwiezdne Wojny III: Zemsta Sithów – Dużo starszy już Anakin i jego mistrz, lecą uwolnić kanclerza Palpatine’a z rąk gen. Greviousa i hrabiego Dooku. Na początku mamy strzelające się okręty, później wpadają tam nasi dzielni jedi i robią maskarę droidów. Uwalniają kanclerza i zaczynają walkę z pilnującym go Dooku. Tu zawsze rozbija mnie sytuacja:
Obi-wan: Sithowie to nasza specjalność…
Puch, pach…Obi Wan jest rzucany po całym statku jak szmata.
Albo to:
Anakin: Moja moc jest dwa razy większa od naszego ostatniego spotkania.
A kto tak powiedział? W ogóle tego nie widzę. To że postać robi minę zbitego psa i wygłasza taką sentencję wcale nie przekonuje mnie do tego, że jest silniejsza. Luke Skywalker w Powrocie Jedi samym swoim wyglądem dawał do zrozumienia, że jest dużo silniejszy…a tu…szkoda gadać.
No, ale koniec końców, skacząc jak małpa, Anakin wygrywa pojedynek i zabija Dooku. Wszyscy uciekają, żeby za chwilę znowu trafić do niewoli – tym razem gen. Greviousa. Po kolejnych idiotycznych dialogach i oswobodzeniu się,  Grevious ucieka, Anakin ląduje rozwalonym statkiem, a kanclerz jest wolny. Kilka narzekań Anakina dalej, jedi umawiają się, kto, gdzie poleci i będzie nadzorował wojnę. Mamy trochę bitew, tymczasem Obi-wan trafia na trop gen. Greviousa. Kenobi wywiązuje z nim walkę (okazuje się, że Grevious może się transformować w formę z 4 rękoma, dodatkowo w każdej z nich trzyma miecz świetlny – jest więc niełatwym przeciwnikiem).Obi, jednak daje radę, neutralizuje generała, goni go i dobija. Po chwili wpada tam cała armia klonów, która niszczy resztki wojsk droidów.  W międzyczasie Palpatine wyjawia Anakinowi sekret: jest on lordem sithów. Ten zmieszany (jak zwykle zresztą) wyjawia wszystko mistrzowi Windu, który zbiera ekipę i leci raz na zawsze rozwikłać problem. Tu jednak rodzi się pytanie: po grom mu taka eskorta, która została zabita w 2 sekundy po rozpoczęciu walki? To są mistrzowie jedi? Dziękuję, postoję. Mimo wszystko Mace daje radę i pokonuje Palpatine vel Sidiousa. Wtedy zjawia się Anakin. Widząc kanclerza, który umiera od własnych błyskawic , Anakin pomaga mu i zabija Windu. Staje się uczniem mistrza sithów i przybiera nowe imię – Darth Vader. Później mamy chyba najlepszą scenę z całej nowej trylogii (swoją drogą jedyną, która może się zbliżyć do sceny chociażby walki Vader vs Luke), a mianowicie – wykonanie rozkazu 66 – czyli eksterminacja jedi. Muzyka i Klimat tworzą potęgę tej sceny. Przeżywają tylko Obi Wan i Yoda. Decydują się oni raz na zawsze rozprawić z sithami. Yoda bierze na siebie Sidiousa, natomiast Kenobi – Vadera. Walka Yody z Kanclerzem vel Sidiousem vel Imperatorem jest według mnie cienka. Ten drugi robi miny, ten pierwszy skacze jak małpa bez ładu i składu. Druga walka jest zdecydowanie bardziej ciekawa – uczeń vs mistrz. Dobra muzyka i dobrze dobrana sceneria. Jest tu też najgłupsze zakończenie pojedynku: biją się 20 minut, aby w końcu Anakin mógł skoczyć jak gorilla i zostać jednym cięciem pozbawionym rąk, nóg i grom wie czego jeszcze. Czy naprawdę nie mógł spokojnie zejść na ląd, tylko musiał zrobiś salto z poczwórnym piruetem? Ehh… Ostatecznie Obi Wan zostawia Vadera (którego znajduje Imperator i zakuwa w zbroję, bez której zginie). Padme rodzi bliźniaki i umiera. Leia zostaje przekazana senatorowi Organie, natomiast Luke do swojego wujostwa na Tatooine. Oto i koniec opowieści.

Plusy:
-eksterminacja jedi
-muzyka
-Kenobi

Minusy:
- jedi skaczą jak małpy w zoo (jak ktoś jest wściekły to raczej nie bawi się w potrójne salta, tylko wali wściekle – jak Luke podczas ostatniego pojedynku z Vaderem)
-Anakin to cienias
-dialogi

Ocena: 2/6


Która więc trylogia wygrywa według mnie? Chyba nie ma najmniejszych wątpliwości. Stara trylogia miała wszystko: pomysł, świeżość, świetną historię i efekty. Także przemiana bohaterów jest zupełnie odmienna:

Luke:  rolnik z marzeniami  ---->  uczeń  ---->  rycerz jedi   - chłopak, który wzbudza sympatię, kibicujemy mu
Anakin:  chłopak z marzeniami --->  rozmemłana namiastka jedi --->  rozmemłany rycerz jedi - irytuje, cieszymy się, kiedy podpalony leży na skraju wyspy

Wniosek jest tylko jeden - trzeba było zostawić tą historię w spokoju (i wyobraźniach widza ofc.), bo stworzona została postać młodego Dartha Vadera, w którą nie jestem w stanie uwierzyć, ani przez sekundę. (szczególnie widząc jakim badassem jest w starej trylogii)
Dodatkowo w Nowej Trylogii za dużo jest walk na miecze. W Starej Trylogii walki między jedi toczyły się w ich głowach (ciemna strona/jasna strona) a miecz był wyciągany tylko w ostateczności. Przez to widz był niezwykle podekscytowany kiedy dochodziło do takiej konfrontacji, a wszystko to było z pewną dozą mistycyzmu. Co mamy w NT? Walka na miecze, poprzerywana dialogami. Obdarcie jedi z tajemniczości i zrobienie z nich bande sfrustrowanych fanatyków, którzy obcinają przeciwnikowi głowę, gdy tylko ten się z nimi nie zgadza, to kolejny gwóźdź do trumny Nowej Trylogii. Dodam tylko, że żeby zrobić dobrą walkę na miecze, nie trzeba kupy pieniędzy i skaczących jak małpa, ludzi... wystarczy odpowiednia sceneria i piękna muzyka - vide Luke vs Vader. Tyle.

Gwiezdne Wojny IV: Nowa Nadzieja- ej co jest? Zwariowałeś? Opisałeś już ten film, nie chce czytać twojego grafomaństwa ani minutki dłużej. Jeśli tak pomyśleliście to spokojnie. Mam jednak trochę, żalów do wylania, a mianowicie zmiany. Lucas chyba nie mógł  spać w nocy, aż nie pozmieniał niektórych scen w starej trylogii. Co mnie najbardziej boli? Greedo strzela pierwszy. Do jasnej cholery, czy to naprawdę musiało zostać przemontowane? (zwłaszcza tak nieudolnie). To było świetne oddanie charakteru postaci Sola…a tu… mogę to podsumować tylko tym:



Gwiezdne Wojny V: Imperium Kontratakuje – tu nie mam się do czego przyczepić – obraz odświeżony, kilka scen zmienionych, ale to detale. Tak powinna wyglądać reszta tych „odświeżeń”


Gwiezdne Wojny VI: Powrót Jedi – dodano CGI tancerki… ok, zwiększono czas sceny, w której koleś gra na trąbce… ok, ale czy koniecznie trzeba było dodawać to komputerowe ryło Sarlaccowi? Przecież nie dość, że na kilometr widać, że to komputerowe…to jednocześnie, dziura z zębami była bardziej sugestywna, niż jakieś macki. No i ostatnia zmiana: Lucas dumał i dumał, jakby tu połączyć obie trylogie. Zastąpił starego Anakina – nowym. Ma to tyle sensu, ile postać Jar Jar Binksa…ale całe szczęście można to jakoś przełknąć.


Mimo wszystko wolałbym tylko odświeżenie obrazu i dźwięku, zamiast zmieniania scen i dodawania od siebie.
To tyle moich wywodów. Chciałbym, żeby był to temat zbiorczy o Star Wars. Możecie tu wylewać swoje żale, wychwalać pod niebiosa, recenzować książki/komiksy, albo wskazywać ulubione postaci. Uff. . .

Offline

 

#2 2012-02-11 23:31:33

brus534

http://i41.tinypic.com/fogoxd.png                                  Genin

40690089
Skąd: Jeśli wiesz? to powiedz
Zarejestrowany: 2012-01-22
Posty: 130

Re: Star Wars: stare vs nowe

Pryza naprawdę się postarales godne podziwu ale dorzeczy uważam że cała trylogia jest bardzo fajna co do filmu terz wolałbym odswiezenie obrazu i dźwięku niż dodawanie scen od siebie dlatego wolę starszą wersję. Najbardziej lubię dwie postaie Obi Wan Kenobi i mistrza Yoode. Myślę że najlepsza część trylogi to Gwiezdne Wojny 3 " Zemsta Sithow"


http://i42.tinypic.com/2ln8dck.png
Nasze piękne słowa nie wyraża tego, co może opowiedzieć mały krokus o nadchodzącej wiośnie ( Phil Bosmans )

Offline

 

#3 2012-02-21 08:13:46

Hakke

http://i40.tinypic.com/241meeg.png

3063237
Skąd: z pokoju :P
Zarejestrowany: 2008-04-15
Posty: 617
WWW

Re: Star Wars: stare vs nowe

Gdybym chciał odnieść się do tego wszystkiego, zajęłoby Mi to sporo czasu.
Którego nie mam. Ale Pryś, przez wzgląd na stare czasy, się tego podejmę.
Ale jeszcze nie teraz.

Prócz tego widać że bardzo się wysiliłeś, zresztą, Ty jak coś robisz, to zawsze dokładnie.
Widzę że nie przepadasz za Anakinem, może i przypomina trochę Sasuke-Emo, ale jakby nie było, To wokół niego kręci się cała saga


"Tylko nienawiść wymaga powodów"

Offline

 

#4 2012-02-21 13:36:13

Pryza

http://i17.tinypic.com/6g9cykn.png

a po co ci moje gg?
Skąd: Burgundia
Zarejestrowany: 2007-08-06
Posty: 3602

Re: Star Wars: stare vs nowe

Hakke napisał:

Widzę że nie przepadasz za Anakinem, może i przypomina trochę Sasuke-Emo, ale jakby nie było, To wokół niego kręci się cała saga

Nie chodzi o postać Anakina, ale o jego interpretację przez aktora. Wersja Skywalkera jak Dartha Vadera to dla mnie kosmos i arcydzieło ukazania zła i uśpionego dobra w jednym. Tymczasem dostajemy Anakina nie jako młodego i gniewnego, tylko jako młodego i płaczliwego, który w chwilach złości robi minę po której chce mi się wyć ze śmiechu...i te banialuki które opowiada - koszmar. Jestem więc zdania, że Nowa trylogia jest zbędna, a każdy widz sam dopasowałby sobie historię zejścia na złą drogę Anakina - naprawdę wszystko musi być pokazane? Czy nie ma już miejsca na wyobraźnię widza? Naprawdę nie uwierzę, że ktoś widząc lorda Vadera, miał przed oczami młodego chłopaka, który cały czas płacze, narzeka jak mu źle i stęka, że jest niedoceniony. Nie ma opcji.

Offline

 

#5 2012-02-21 13:49:33

Hakke

http://i40.tinypic.com/241meeg.png

3063237
Skąd: z pokoju :P
Zarejestrowany: 2008-04-15
Posty: 617
WWW

Re: Star Wars: stare vs nowe

Tu nie chodzi o wyobraźnie widza, a o wytyczony kanon zdarzeń BBY.
Zresztą, co do aktora Anakina się zgadzam. Nie lubię postaci emo.
Ale zaś przeobrażenie Anakina w Dartha Vadera jakiego znamy z starej sagi, jest idealnie pokazane w komiksach/grach/itp - w tym krótkim okresie pomiędzy Zemstą Sithów i Nowej Nadziei.


"Tylko nienawiść wymaga powodów"

Offline

 

#6 2012-02-21 14:09:14

Pryza

http://i17.tinypic.com/6g9cykn.png

a po co ci moje gg?
Skąd: Burgundia
Zarejestrowany: 2007-08-06
Posty: 3602

Re: Star Wars: stare vs nowe

Hakke napisał:

Tu nie chodzi o wyobraźnie widza, a o wytyczony kanon zdarzeń BBY.

To saga jest dla widza, a nie na odwrót. Jak dla mnie to uniwersum za bardzo się rozrosło i samo zjadło swoją magię.

Hakke napisał:

Ale zaś przeobrażenie Anakina w Dartha Vadera jakiego znamy z starej sagi, jest idealnie pokazane w komiksach/grach/itp - w tym krótkim okresie pomiędzy Zemstą Sithów i Nowej Nadziei

Super, ale w filmach ssie to niemiłosiernie ; )

Offline

 

#7 2014-05-09 01:19:32

Hakke

http://i40.tinypic.com/241meeg.png

3063237
Skąd: z pokoju :P
Zarejestrowany: 2008-04-15
Posty: 617
WWW

Re: Star Wars: stare vs nowe

Jak obiecałem, pora na obszerniejszą wypowiedź. Myślę że dwa lata i pół roku, wystarczyło by zebrać najważniejsze wnioski
No to jadziem!

Absolutnie nie mam żadnych zarzutów, co do krótkiego streszczenia i podsumowania bohaterów. Piękno większości filmów, polega na zderzających się ze sobą charakternych bohaterów. Fakt faktem, w kinie nowego milenium, pojawiła się moda na głównych bohaterów wzbudzających w widzu chęć przytulenia i poklepania po ramieniu, mówiąc że będzie dobrze. Prostym przykładem, pomijając Anakina oczywiście, jest Frodo z Władcy Pierścieni. Gdy słyszę "Oh Sam" czuję się jakbym pierwszy raz w życiu oglądał jakieś gejowskie porno. Tym samym tokiem myślenia poszli główni scenarzyści SW. I oto mamy ciotowatego Ananakina, który jak sam napisałeś w chwilach słabości rozkleja się i płacze. Będac przy bohaterach, nie zgodzę się co do Chewiego. Właśnie to Cheewbacca pokazuje prawdziwe oblicze Hana Solo, zauważ, że Han się wypowiada o wookiem "kupa futra" itp. Ale w rzeczywistości Han traktuje Chewiego jak przyjaciela. Czyli, prawdziwy charakter Hana Solo, odnajduje się o wiele później niż na samym początku. Niby twardy mothafucka' ale w rzeczywistości uczuciowy chłop (Choćby sytuacja gdy myśli że Leia kocha Luke'a) Co do wizyty Luke na Dagobah, Ja zawsze rozumiałem jego spotkanie z iluzją Ojca, jako ukazanie sposobu na pokonanie głównego arcywroga. Wyciągając miecz, i "zabijając" rzeczoną iluzję, Luke pokazał że postąpił tak postąpił by Vader, bezwzględnie i brutalnie. Dlatego widać tam jego twarz. Tak po prostu Mi się wydaje Ogromną moc Yody, potęgował fakt, że w filmie wydawał się lekko zdziczałym starym gnomem, który dziwnie gadał, bił drewnianą laską robota który coś mu tam zabrał, a tu podczas treningu, Yoda okazuje się naprawdę potężnym Jedi. (Co widać w późniejszych-wcześniejszych epizodach:)) Jako przedstawiciel Brotherhood of the Sith, i jedyny Sith w Manda' Yaim, muszę przyznać że do Yody od zawsze miałem wielki szacunek. Fakt faktem, w Ataku Klonów, podczas walki z Dooku trochę Mnie zawiódł, ale w Zemście Sithów, był prawdziwym wymiataczem, walka w Auli Senatu z Palpatinem była Mistrzowska. Co do  trzeciej części, dobrze że Lando się zrehabilitował, chodź przyznam, że długo mu nie wybaczyłem W większości się z Tobą zgadzam, ale że ewoki były niepotrzebne?! Piękno Gwiezdnych Wojen, polega na zderzających się skrajności i przeciwieństw. Nie, nie ma sensownego argumenty na ewoków, po prostu jak pierwszy raz oglądałem Gwiezdne Wojny, to byłem mały, i ewoki Mi się spodobały. Każdy lubi ewoki

Ostatnia walka, to istne mistrzostwo. Arcydzieło kina. Co napisać więcej, zgadzam się w zupełności z Tobą, emocje Vadera widać mimo jego maski. Luke pokonuje swojego głównego wroga, a do tego Vadera Każdy młody Jedi wie, że najważniejsza walka rozgrywana jest w sercu, między dobrem a złem. To piękne odniesienie do życia realnego, "złe" czyny, pchają Nas w ramiona Ciemnej strony, zaś "dobre" w objęcia Jasnej. Nie ma nawet co dużo mówi. Istne Mistrzostwo!

Jako że czas nagli, dokończę jutro


"Tylko nienawiść wymaga powodów"

Offline

 
pun.pl - załóż darmowe forum dyskusyjne PunBB
Nowe postyNowe posty || Brak nowychBrak nowych postów || zablokowanyTemat zablokowany || Nowe postyTemat przyklejony

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora